poniedziałek, 24 września 2012

PIOTR PACEWICZ "Z TAKIM PENSUM SZKOŁA ZGINIE" - OBRONA CZY ATAK

  Gazeta Wyborcza w dniu 18 września opublikowała artykuł Piotra Pacewicza pt. Z takim pensum szkoła zginie, który bardzo mnie zainteresował, gdyż w pierwszych zdaniach dowiedziałam się, że autor nikogo tak nie lubi i nie szanuje jak właśnie nauczycieli. Uff, nareszcie! Nareszcie ktoś przeciwstawi się zwykłej medialnej nagonce na mnie i moich zawodowych pobratymców. Rzeczywiście pan Pacewicz odnosi się się z kolei do tekstu Artura Grabka z Rzeczpospolitej i nawet przeprasza za niesprawiedliwość jego opinii na temat nauczycieli. Gdy dotarłam do końca artykułu, moje początkowe wrażenie zupełnie wygasło, a tekst zdał się jakoś przewrotnie popierać opinie pana Grabka z Rzeczpospolitej.
Oba artykuły  opierają  się na raporcie RZUT OKA NA EDUKACJĘ z 2012 i badaniu TALIS przeprowadzonym w roku szkolnym 2008/2009. Najbardziej drażniącym wskaźnikiem dla obu dziennikarzy stał się czas pracy nauczycieli. Po raz kolejny czytam, jak krótko pracuję. Mój Boże, nie mam już siły walczyć z tym stereotypem. Rzeczywiście pracuję 18 godzin w tygodniu + 2 godziny tzw. hallówki ( u nas nazywamy je "karciane"). Ratunku!!! To są godziny z kredą przy tablicy!!! Jak długo jeszcze będzie można manipulować świadomością czytelników o naszym czasie pracy, sugerując, że polega ona wyłącznie na spędzeniu 18 godzin w tygodniu na lekcjach, co stanowi 13,5 godziny zegarowej w tygodniu. Gdy poza "karcianymi" próbuję umówić się z uczniami na dodatkowe lekcje w celu przygotowania ich do egzaminu gimnazjalnego lub do jakiegoś konkursu, uczniowie nie mają dla mnie czasu, bo każda ich wolna chwila zajęta jest przez moje koleżanki: a to chór, a to kółko matematyczne, a to liga morska, a to realizacja projektu. Właśnie, czy ktoś spoza szkoły zdaje sobie sprawę, ile nowego czasu wypełni nauczycielowi po lekcjach realizowanie projektów edukacyjnych? 
Zaś aby uczestniczyć w życiu środowiska, integrować się z nim, szkoła uczestniczy w każdym święcie dzielnicy, a one odbywają się zazwyczaj w soboty.Aby uczestniczyć z uczniami w życiu kulturalnym, chodzi się z nimi do teatru czy opery, czy filharmonii i to nie na seanse szkolne, gdzie spędza się uczniów wielu szkół i spektakl polega na rzucaniu ogryzkami w aktorów. Nie masz na to wpływu, bo nauczyciele tych uczniów najczęściej udają, że niczego nie widzą. Idziesz więc na spektakle wieczorne. Przygotowujesz godzinami karty KiPU i PDW. Musisz umawiać się na specjalne spotkania z rodzicami uczniów, którym założono te karty, monitorować realizację planów działań wspierających. Tych zajęć jest tak wiele, że nie mam czasu na to, co wg mnie w mojej pracy jest najważniejsze, czyli na przygotowywanie ciekawych lekcji, które pobudzą uczniów do kreatywnego myślenia i działania. Awans zawodowy w swych założeniach zakłada napędzanie klientów szkołom wyższym i zakładom metodycznym, więc w weekendy dokształcasz się nieustannie. A za cały ten czas nie dostajesz centa. Nie wspomniałam o 4-5 godzinnych radach pedagogicznych i tzw. wywiadówkach( u nas przynajmniej dwa razy w miesiącu są posiedzenia rad i raz na miesiąc spotkania z rodzicami - oczywiście za darmo).
Tak a propos, jeśli czytam słowa pani minister Hall, wg których to właśnie awans zawodowy sprawił, że jesteśmy w Europie jednym z najlepiej dokształcających się nauczycieli, to prostuję, że sam fakt odbywania kursów doskonalących czy nawet kwalifikacyjnych , a nawet studiów podyplomowych i zbierania ich świadectw w celu otrzymania wyższego stopnia nauczycielskiego nie stanowi o rzeczywistym wyższym poziomie kwalifikacyjnym nauczyciela. Gdy przed kilkunastu laty moja dyplomowana koleżanka wyjaśniała uczniom na lekcji , że w Warszawie jest wiele aglomeracji: lotniska , fabryki i wiele innych zakładów pracy, podjęłam decyzję, że nigdy nie będę dążyła do uzyskania stopnia nauczyciela dyplomowanego, bo ten stopień naprawdę o niczym nie świadczy. 
O niczym, uwierzcie!!!!!
Myślę jednak, że takie dyletanctwo nie dotyka tylko naszego fachu, lecz wszystkich. Gdyby było inaczej , przed prawie trzydziestoma laty nie umarłaby moja 18 letnia kuzynka po operacji wycięcia wyrostka robaczkowego dokonanej przez profesora medycyny, który jeszcze w pełni świadomy swego błędu ukrywał go przed wujostwem, co uniemożliwiło natychmiastową pomoc, a w rezultacie stało się przyczyną śmierci dziewczyny. Słowem, wszystko zależy od człowieka, a nie jego stopnia.
Po tej długiej dygresji wracając do czasu pracy nauczyciela, pragnę przekonać, że nie ma on czasu na normalne życie rodzinne. Dokształcanie bowiem odbywa się wyłącznie w  weekendy. Wreszcie to często przymusowe dokształcanie odbywa się za prywatne pieniądze, na które trzeba zarobić. W mojej szkole tylko kilka koleżanek, których mężowe zarabiają godne pieniądze, może pozwolić sobie na pracę w jednej szkole przez 18 godzin, za które jako dyplomowane dostają trochę ponad dwa tysiące złotych. Reszta z nas tyra w kilku szkołach jednocześnie. Znam nauczycielkę, która pracując ze mną w szkole zaocznej w soboty i niedziele, w okienka biegała na zajęcia studiów podyplomowych w budynku położonym nieopodal. Ma małe dziecko, którym, dzięki Bogu, potrafi opiekować się mąż. Nie wiem tylko, jak to wpłynie na pożycie małżeńskie?
Nasz czas pracy w artykule porównuje się do krajów takich jak np. USA, Norwegia, Francja, Wielka Brytania, Finlandia itp. Dlaczego nie ma artykułów, w których opisuje się warunki pracy nauczyciela w tych krajach. Dlaczego nikt nie pisze, że nauczyciele tych krajów nie poprawiają zeszytów w domu, a jeśli nawet przeznaczają czas na doskonalenie się , zarabiają tyle, że mogą pozwolić sobie na to i na godne wakacje, i na utrzymanie rodziny, i na dom. Dlaczego w prezentowanych zestawieniach nie ma, oprócz Czech-praca na lekcji- żadnego z naszych sąsiadów.
Bardzo chętnie będę pracowała dłużej, jeśli moja praca będzie na tyle dobrze wynagradzana, że nie będę musiała pracować w 4 szkołach jednocześnie. Nie muszę mieć takich długich wakacji, których i tak zresztą od dawna nie mam, jeśli stać mnie będzie na wyjazd z rodziną i odpoczynek może nie zawsze w sezonie, gdy ceny pensjonatów są najwyższe
Np. nauczyciel w Niemczech w przeliczeniu na godziny zegarowe pracuje 20 godzin w tygodniu i zarabia, uwaga, od 38 do 60 tys. euro. Ja pracując w 4 szkołach przez 7 dni w tygodniu po 8-10 godzin dziennie zarabiam w porywach do 18 tys euro. Nie mam czasu na nic, przy tak intensywnym czasie pracy, jedynie po nocach przygotowuję się do lekcji, sprawdzam sprawdziany i zeszyty, przygotowuję dokumentację KiPU czy PDW, dokumenty na spotkania z rodzicami czy szkoleniowe rady pedagogiczne. I niech nikt mi nie mówi, że nie muszę tak ciężko pracować. Muszę!!!
Poza brakiem pieniędzy na utrzymanie rodziny, wykształcenie dzieci, ciągle przeżywam straszenie, że zlikwidują jedną szkołę, a w innej nie będę już potrzebna, więc mam nadzieję, że zostaną pozostałe jako jakieś tam źródło utrzymania. 
Nie wierzę też w słowa pana Pacewicza na temat nauczycielek w szkołach prywatnych, które pracują więcej, ale nie narzekają. Ja też pracuję w szkołach prywatnych, w trzech. Spróbuj tam ponarzekać. Nawet w najszczerszych rozmowach z koleżankami się nie ośmielisz. Każda czyha na twoje miejsce, a podań o pracę codziennie spływa kilkaset. Narzekasz? Na drugi dzień nie pracujesz. Podpisujesz najczęściej umowę zlecenie, ale pracodawca zupełnie nie przestrzega jej warunków. Robisz milion rzeczy, o których nie ma nawet słowa w tej umowie. Nie pójdziesz do sądu pracy, bo stracisz robotę. Dlatego od 8 lat mam tak naprawdę dwa tygodnie wakacji. Do końca lipca co roku uzupełniam dokumentację w szkołach prywatnych, a od 15 sierpnia zaczyna się już ruch związany z nowym rokiem szkolnym.
Kolejna teza, że w związku z niżem demograficznym w klasach jest mniej uczniów ( pada liczba 19 ) jest też nieprawdziwa. Samorządy nie chcą zatwierdzać zespołów klasowych po 20 osób. Stosuje się prostą metodę. Jeśli zakłada się stworzenie np. 3 klas pierwszych i do każdej z nich zapisuje się po około 20 uczniów, trzeba jeden zespół podzielić na dwa i tworzyć 3 klasy po 30 osób. Wtedy można zwolnić kolejnych nauczycieli, bo dobro ucznia jest najmniej ważne.
Jak to jest, że samorządom nie starcza na płace nauczycieli, a w urzędach są ciągle tworzone nowe stanowiska, po cichu zatrudniani  nowi pracownicy, a ci starzy zarabiają, za o wiele łatwiejszą pracę, kilkakrotnie więcej? Niech ktoś mądry odpowie na to pytanie.
Zakładane nowe szkoły w budynkach poprzednio zlikwidowanych publicznych szkół to własność prywatnych właścicieli, którzy od dawna wynajmowali tam sale. Powoli je urządzali. I kolejne pytanie, czy ktoś wydaje naprawdę duże pieniądze na remont i wyposażanie wynajmowanych sal w szkole publicznej, jeśli nie ma pewności, że niedługo będzie właścicielem całego budynku? Wystarczy logicznie pomyśleć. Czy władzom samorządowym jest na rękę, aby taka szkoła publiczna dobrze prosperowała, czy bardziej, aby jak najszybciej upadła, bo budynek nareszcie będzie można sprzedać?
Przecież nakręcanie maszyny niechęci do nauczycieli, że mało pracują , że dużo zarabiają buduje w społeczeństwie jedynie uczucie satysfakcji, gdy słyszy się o kolejnej likwidacji szkoły. Czy piszący o nas dziennikarze nie zdają sobie sprawy z mechanizmu, który napędzają? Tak rzadko idą w tłum, rozmawiają z szarymi, zupełnie bezfunkcyjnymi belframi. Pan Pacewicz wyraża opinię, że państwo nie powinno jednak zupełnie pozbywać się szkół oświaty publicznej. Za późno panie Pacewicz, ta maszynka już działa i właśnie idziemy w kierunku likwidacji szkolnictwa państwowego.
I jeszcze jedna refleksja. Jak szkoda, że media ciągle piszą o naszym czasie pracy i naszych zarobkach, choć wszystkie artykuły są nierzetelnie i krzywdzące. Szkoda, że autorzy artykułów zarówno w Wyborczej jak i Rzeczpospolitej nie odwołali się do innych wskaźników ujętych np. w badaniach TALIS. Szkoda, że nie napisali, iż polski nauczyciel to jeden z najlepiej wykształconych nauczycieli w Europie, aż 94% pedagogów to ludzie z wyższym wykształceniem, gdy nasi koledzy np. w krajach Ameryki Północnej sięgają liczby kilkunastu procent osób z takimi kwalifikacjami.
Czy wiecie, że gdy polski nauczyciel z doktoratem uczący w liceum jedzie na zachód Europy , np. do Wielkiej Brytanii w ramach wymiany naukowej i tam spotyka się z kolegami po fachu, wprawia ich w zdumienie? Nikt bowiem nie wierzy, że pracuje on tylko w szkole średniej za niecałe 3 tys polskich złotych (przelicznik na euro jest prosty), podczas gdy brytyjski nauczyciel zarabia 7238 zl. Nasz kolega ze swoim wykształceniem byłby na pewno już nauczycielem akademickim i zarabiałby ok. 9000 tys zl.
Czy wiecie, że we Francji, aby w ogóle uczyć w szkole średniej, należy przejść przez sito selekcji. Po studiach nauczyciel zaczyna od najniższego stopnia edukacyjnego, czyli odpowiednika naszej szkoły podstawowej. Następnie zdaje egzaminy kwalifikacyjne i przechodzi na wyższe szczeble. Im wyższy szczebel, tym niższe pensum i wyższe zarobki. Dlatego nauczyciel w liceum ma np. 7 godzin w tygodniu, a akademicki 3. Przy czym ten w liceum zarabia o wiele więcej niż ten w podstawówce, a akademicki o wiele więcej niż ten w liceum. Państwo wie, że im wyższy szczebel edukacji, tym należy więcej wysiłku wkładać w doskonalenie nauczycieli. Muszą mieć czas na przygotowanie zajęć, samokształcenie, publikacje itp., dlatego muszą dobrze zarabiać. Nie ma tam mowy o tym, że po studiach młodziutka dziewczyna idzie do pracy w liceum, którą otrzymuje po znajomości i od razu jest panią profesor, a nauczycielka z podstawówki z 30 letnim stażem, która wie po stokroć więcej jest zwalniana, bo akurat nie ma dla niej etatu. To naprawdę chory system.
Czy wiecie , że w Holandii każdy dział nauczania przedmiotu będącego odpowiednikiem np. naszej techniki ma oddzielną pracownię? Inna służy do pracy w drewnie, a inna do np. obróbki metali, a jeszcze inna jest lakiernią. Czy wiecie, że w tej samej Holandii, gdzie dzieci zostawiają książki w szkole, co kilka lat trzeba wymieniać wszystkie meble, bo tak nakazują przepisy BHP?
W raporcie TALIS podaje się , że w polskich szkołach istnieje niedobór w wyposażeniu placówek aż w 52%.
Ponadto Polska jest także krajem, które zajmuje czołowe miejsce na świecie, jeśli chodzi o wiek nauczycieli. Zdecydowanie więcej pracuje u nas nauczycieli starych niż młodych. To ważne, gdyż w tej chwili zwalnia się masowo ludzi po 50 roku życia z bardzo wysokimi kwalifikacjami i państwo nie oferuje żadnych alternatywnych rozwiązań. Zwalniani nauczyciele to często już osoby z chorobami zawodowymi, którzy całe życie przepracowali w oświacie. Co  nimi będzie za parę lat? Może zasilą grono bezdomnych bezrobotnych. Przecież nie każdy nagle u kresu życia zawodowego będzie umiał zacząć wszystko od początku. Żyjemy w państwie, w którym wyższe wykształcenie zupełnie się zdewaluowało, doświadczenia się nie szanuje, a nauczycieli nienawidzi, podczas gdy w krajach rozwiniętych priorytety w wydatkach budżetowych jest wciąż finansowanie edukacji.
Obawiam się, że społeczeństwo się obudzi i zacznie dostrzegać rolę oświaty w życiu społecznym, gdy będzie już za późno, gdy zniszczy się zdecydowaną większość szkół publicznych, zostaną tylko te nieliczne z fatalnie opłacanymi nauczycielami. Dzieci i młodzież głównie będą uczęszczać do szkół prywatnych. Nauczycielom, którzy będą w nich nauczać życzę, aby nie byli zatrudniani na śmieciowe umowy, jak to jest teraz. Życzę też, aby w ich placówkach honorowane było prawo pracy. Może wówczas wreszcie wzrośnie autorytet nauczyciela, który tak się teraz szarga na każdym roku. Obawiam się jednak, że to jedynie pobożne życzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz