Codzienna prasa jest ostatnio bardzo
bogata w teksty poświęcone oświacie. Wydawać by się mogło, że dziennikarze
otoczyli polski system edukacyjny swą dziennikarską troską. Jednak po lekturze
każdego kolejnego tekstu mamy wrażenie, że wszyscy chcą jedynie wylać kubeł pomyj na nauczycieli. To
daje satysfakcję społeczeństwu, które
jest zadowolone z faktu, że i ten zawód dotknęła wreszcie komercjalizacja. Część środowiska nauczycieli (nie ta z
negatywnej selekcji) ma świadomość fatalnego stanu polskiej szkoły. Ma też świadomość
szalejącego niżu demograficznego, kryzysu gospodarczego obniżającego kondycję
finansową samorządów. Ci nauczyciele wiedzą, że zmiany są nieuchronne.
Niestety nikt nie korzysta z ich
doświadczenia, nie pyta ich o zdanie, pomija się ich w dyskusji. Ale kto pytał
o zdanie polskich stoczniowców, gdy
likwidowano stocznię lub górników, gdy prywatyzowano kopalnie? Prawa ekonomii
były bezwzględne. W takiej sytuacji nieważny staje się człowiek. Mamy wrażenie, że w dyskusji o zmianach w systemie
edukacji nikt nie myśli o uczniu, a już zupełnie nikt o nauczycielu. Stanowisko
nauczycieli przedstawiane jest społeczeństwu jako niekończący się szereg żądań
dotyczących poprawy płac i warunków
pracy. Nikt tak naprawdę nie wierzy, że nauczyciel jest w stanie dojrzeć przed
swoją gażą dobro ucznia i wydolność systemu edukacji. Sądzimy, że
niezdemoralizowanych nauczycieli pozostało na tyle dużo, że ich głos mógłby być
w całej dyskusji najbardziej istotny. Podstawowym warunkiem efektywnej debaty
musiałby być niestety odpowiedni dobór jej uczestników. Nie powinni oni
reprezentować interesów związków zawodowych, kadry kierowniczej szkół, organów
samorządowych, jednostek nadzorujących. Za to powinni reprezentować zwykłą codzienność belfrów pracujących bezpośrednio z uczniami w zwykłych rejonowych szkołach
publicznych. Dotychczas o interesach
oświaty dyskutują przedstawiciele wspomnianych kręgów, czyli walczą o interesy
grupy w grupie. W ocenie przeciętnego
nauczyciela Karta Nauczyciela, ustawa o systemie edukacji to akty prawne tylko
dla uprzywilejowanych. Przeciętny belfer, szczególnie ten, który już
doświadczył walki o swój etat wie, że wolałby być zatrudniony na podstawie
Kodeksu Pracy i nie będzie do upadłego
walczył o obronę Karty Nauczyciela. I tak pracuje ponad 40 godzin w tygodniu i
potrafi to udowodnić. Tyle tylko że nie musiałby wysłuchiwać od całego
społeczeństwa, że jest nierobem i darmozjadem. Niestety tylko nauczyciela można
zwalniać na zwolnieniu lekarskim, tylko nauczyciel musi jeździć na urlop w
najdroższym okresie, tylko nauczyciel nie
może jechać na pogrzeb bliskiej mu osoby czy wziąć dnia urlopu na
załatwienie ważnej sprawy urzędowej. Bo obowiązuje go Karta Nauczyciela!!!
Tylko nauczyciel w przypadku niejasności
prawnych, ma problem ze znalezieniem prawnika, który jest zorientowany w tym
zawiłym dokumencie i potrafi go interpretować. Komu więc tak naprawdę potrzebna jest Karta Nauczyciela?
Takich grup jest kilka. Należą do nich związki zawodowe, dla których jest ona
pośrednio gwarantem dużej liczby członków. Ograniczenie ilości nauczycieli w
szkołach ograniczy ich liczbę. Władze związków świetnie zdają sobie sprawę, że
nauczyciele są w stanie pracować przy tablicy dłużej niż osiemnaście godzin w
tygodniu. Większość nauczycieli pracuje bowiem na kilku etatach, co dla
związków nie jest tajemnicą. Kolejną grupą, która nie obejdzie się bez Karty
Nauczyciela jest w każdej szkole grupa nauczycieli korzystających ze względów
dyrekcji. Otrzymują oni nadgodziny i dzięki temu nie muszą pracować w kilku
szkołach. Ci w obronie Karty są w stanie zrobić wiele. Zatem walka o zniesienie
Karty Nauczyciela jest fikcją. Szkoda czasu na coś, co nieuchronne. Ponadto
wydaje nam się skrajną hipokryzją walka o utrzymanie ustaw, które i tak na
każdym kroku nie są przestrzegane, a na ich łamanie istnieje ciche przyzwolenie
organów nadzorujących i władz samorządowych. Na przykład, choć dopiero o tym
się dyskutuje, już dziś dyrektorzy bezprawnie nie udzielają nauczycielom
urlopów zdrowotnych. Nauczyciel w takim wypadku może jedynie odwołać się do
sądu pracy, bo przełożeni dyrektora nabierają wody w usta. No ale wtedy nie
mają co liczyć na etat. O co więc należy
tak naprawdę walczyć? Proponujemy
zauważyć wreszcie zjawiska w oświacie,
które napawają prawdziwym przerażeniem kręgi nauczycieli.
Reforma pani Hall dała
nieograniczoną władzę dyrektorom szkół publicznych, którzy nie są właściwie
monitorowani, najważniejsze dla nich
jest, aby skutecznie obniżać jakość pracy szkoły, co gwarantuje realizację
założeń samorządu terytorialnego, a w efekcie likwidację placówki i
przejęcie jej przez prywatny podmiot. Nie
jest przecież tajemnicą, że wysokość dodatku motywacyjnego dla dyrektora zależy
od jego stopnia służalczości wobec przełożonych. Z takich działań w gronie
pedagogicznym największą, czysto materialną korzyść w różnych formach, ma oczywiście dyrekcja oraz nauczyciele
krążący po jej orbicie. Dyrektor, który zdaniem samorządowców powinien uzyskać
prawo do pełnej kontroli całego 40
godzinnego czasu pracy nauczycieli i decydowania, czy nauczyciel po lekcjach
może iść do domu, skrzętnie to wykorzysta.
Wkrótce okaże się, że niektórzy z nauczycieli spędzają w szkole 40
godzin, a część tylko 18. Przyczyni się to do
dalszego konfliktowania grona i oczywiście pogorszenia jakości pracy.
Przesłanką do zbudowania takiego wniosku jest
realizacja w szkołach tzw. godzin
Hallówek. Niestety tylko niektórych nauczycieli dyrektorzy uczciwie z nich
rozliczają, tych nieustosunkowanych. Pozostali, np. funkcyjni członkowie
związków zawodowych w czasie tych godzin biegną już do innej szkoły, aby
dorobić lub mają płatne nadgodziny, wystarczy, że prawidłowo prowadzą
dokumentację. Dyrektor jest ślepy, daje im przyzwolenie. Szarak takich szans
nie ma. W zamian funkcyjni zawsze staną po stronie dyrektora, nie nauczyciela.
Tak samo jest z godzinami nauczania indywidualnego. Tylko nieliczni mogą mieć
zajęcia z trzema uczniami jednocześnie i
brać za to trzy wynagrodzenia. Reszta musi milczeć i uczciwie tyrać. Bezkarność dyrektorów stała się przyczyną
nasilającego się mobbingu w szkołach. Taka rzeczywistość w naturalny
sposób eliminuje właściwą realizację
systemu wychowawczego i procesu dydaktycznego.
Po drugie, przyznanie
głównie samorządom prawa do podejmowania wszystkich decyzji w sprawie oświaty
doprowadzi do masowej zagłady placówek publicznych. Nikt nie będzie zwracał
uwagi na dobro uczniów, szczególnie tych, których nie stać na szkołę prywatną,
różna też będzie jakość kształcenia. Skoro już dziś organy państwowe i
samorządowe nie są w stanie zapanować nad jednorodnością poziomu nauczania w
szkolnictwie państwowym, nie będą ani trochę mogły zapanować nad nim, gdy
szkolnictwo będzie w całości
sprywatyzowane. Samorządy będą także ograniczać zdobywanie wyższych stopni
awansu zawodowego, a nauczyciele dyplomowani nie będą zatrudniani lub stracą
pracę na rzecz stażystów, co zresztą już ma miejsce. Zwalania się za zgodą
władz oświatowych nauczycieli dyplomowanych z 30 letnim stażem pracy,
osiągnięciami i nienaganną drogą zawodową, pozostawiając nauczycieli niższych
stopniem, z krótszym stażem i bez osiągnięć, za to bardziej uległych wobec
dyktatu dyrektorów. Podmioty przejmujące szkoły to nikt przypadkowy. To
najczęściej ci, którzy mają wielkie szanse przejąć budynki szkół za
bezcen, a u których obecni decydenci
znajdą swoje korzyści.
Jesteśmy za
komercjalizacją szkół, jesteśmy za zniesieniem Karty Nauczyciela. Głównie jednak jesteśmy za tym, aby w naszym kraju o zatrudnieniu nauczyciela,
jego pozycji w szkole i statusie społecznym decydowali rodzice, a więc
pośrednio także uczniowie!!! Bez obawy stwierdzamy, że wówczas byłaby i
stosowna liczba szkół nie obciążająca
zbytnio wydatkami samorządowych budżetów i byłby stosowny poziom nauczania.
Tylko taka selekcja doprowadzi do pozostawienia właściwych nauczycieli na właściwym miejscu. Powiem
więcej, żaden belfer z powołania, który pracuje grubo ponad 40 godzin w tygodniu, nie boi się takich zmian.
Uczniowie, choć często chętnie unikają obowiązków, doskonale wiedzą, którzy
nauczyciele szanują swoją pracę, a dzięki temu i ich, którzy są wymagający, którzy
poświęcają im każdą wolną chwilę. Młodzież nie da omamić się nieuczciwości.
Niestety takie kryteria oceny pracy, które opierałyby się na opinii rodzica i
ucznia są u nas, w szkolnictwie publicznym, nie do pomyślenia, gdyż straciliby
pracę wszyscy dyrektorzy bezwzględnie realizujący politykę samorządów, ich
dworzanie, aparatczycy związkowi i tym podobni. Tymczasem na oczach rodziców i
uczniów są zwalniani najlepsi nauczyciele. Jakakolwiek ich obrona staje się
niemym krzykiem. Czy ktoś wreszcie go usłyszy? Szkoda, że w wielkiej trosce o
stan polskiej oświaty nagłaśnianej ciągle przez media nikt nie dostrzega takich
zjawisk. A zaręczamy, nie są one jednostkowe tak bardzo, że ktoś, kto pokusiłby
się o ich zbadanie , mocno by się zdziwił. Dlatego należy przypuszczać, że zmiany w szkołach
zastaną w nich w większości słabych nauczycieli, za to odpowiednio
ustosunkowanych. Czy o takie zmiany rzeczywiście chodzi społeczeństwu? Czy nie wylejemy dziecka z kąpielą?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz