czwartek, 27 września 2012

Mit Karty Nauczyciela – nasz głos w sprawie zmian w oświacie odpowiedź na artykuł Aleksandry Pezdy pt. Nauczycielom na kryzys zamieszczony 26 września 2012 w Gazecie Wyborczej


     Codzienna prasa jest ostatnio bardzo bogata w teksty poświęcone oświacie. Wydawać by się mogło, że dziennikarze otoczyli polski system edukacyjny swą dziennikarską troską. Jednak po lekturze każdego kolejnego tekstu mamy wrażenie, że wszyscy chcą  jedynie wylać kubeł pomyj na nauczycieli. To daje satysfakcję  społeczeństwu, które jest zadowolone z faktu, że i ten zawód dotknęła wreszcie komercjalizacja.  Część środowiska nauczycieli (nie ta z negatywnej selekcji) ma świadomość fatalnego stanu  polskiej szkoły. Ma też świadomość szalejącego niżu demograficznego, kryzysu gospodarczego obniżającego kondycję finansową samorządów. Ci nauczyciele wiedzą, że zmiany są nieuchronne. Niestety  nikt nie korzysta z ich doświadczenia, nie pyta ich o zdanie, pomija się ich w dyskusji. Ale kto pytał o zdanie polskich  stoczniowców, gdy likwidowano stocznię lub górników, gdy prywatyzowano kopalnie? Prawa ekonomii były bezwzględne. W takiej sytuacji nieważny staje się człowiek.  Mamy wrażenie, że w dyskusji o zmianach w systemie edukacji nikt nie myśli o uczniu, a już zupełnie nikt o nauczycielu. Stanowisko nauczycieli przedstawiane jest społeczeństwu jako niekończący się szereg żądań dotyczących poprawy płac  i warunków pracy. Nikt tak naprawdę nie wierzy, że nauczyciel jest w stanie dojrzeć przed swoją gażą dobro ucznia i wydolność systemu edukacji. Sądzimy, że niezdemoralizowanych nauczycieli pozostało na tyle dużo, że ich głos mógłby być w całej dyskusji najbardziej istotny. Podstawowym warunkiem efektywnej debaty musiałby być niestety odpowiedni dobór jej uczestników. Nie powinni oni reprezentować interesów związków zawodowych, kadry kierowniczej szkół, organów samorządowych, jednostek nadzorujących. Za to powinni reprezentować zwykłą codzienność  belfrów pracujących bezpośrednio  z uczniami w zwykłych rejonowych szkołach publicznych. Dotychczas o  interesach oświaty dyskutują przedstawiciele wspomnianych kręgów, czyli walczą o interesy grupy w grupie. W ocenie przeciętnego nauczyciela Karta Nauczyciela, ustawa o systemie edukacji to akty prawne tylko dla uprzywilejowanych. Przeciętny belfer, szczególnie ten, który już doświadczył walki o swój etat wie, że wolałby być zatrudniony na podstawie Kodeksu  Pracy i nie będzie do upadłego walczył o obronę Karty Nauczyciela. I tak pracuje ponad 40 godzin w tygodniu i potrafi to udowodnić. Tyle tylko że nie musiałby wysłuchiwać od całego społeczeństwa, że jest nierobem i darmozjadem. Niestety tylko nauczyciela można zwalniać na zwolnieniu lekarskim, tylko nauczyciel musi jeździć na urlop w najdroższym okresie, tylko nauczyciel nie  może jechać na pogrzeb bliskiej mu osoby czy wziąć dnia urlopu na załatwienie ważnej sprawy urzędowej. Bo obowiązuje go Karta Nauczyciela!!! Tylko nauczyciel w przypadku  niejasności prawnych, ma problem ze znalezieniem prawnika, który jest zorientowany w tym zawiłym dokumencie i potrafi go interpretować. Komu więc  tak naprawdę potrzebna jest Karta Nauczyciela? Takich grup jest kilka. Należą do nich związki zawodowe, dla których jest ona pośrednio gwarantem dużej liczby członków. Ograniczenie ilości nauczycieli w szkołach ograniczy ich liczbę. Władze związków świetnie zdają sobie sprawę, że nauczyciele są w stanie pracować przy tablicy dłużej niż osiemnaście godzin w tygodniu. Większość nauczycieli pracuje bowiem na kilku etatach, co dla związków nie jest tajemnicą. Kolejną grupą, która nie obejdzie się bez Karty Nauczyciela jest w każdej szkole grupa nauczycieli korzystających ze względów dyrekcji. Otrzymują oni nadgodziny i dzięki temu nie muszą pracować w kilku szkołach. Ci w obronie Karty są w stanie zrobić wiele. Zatem walka o zniesienie Karty Nauczyciela jest fikcją. Szkoda czasu na coś, co nieuchronne. Ponadto wydaje nam się skrajną hipokryzją walka o utrzymanie ustaw, które i tak na każdym kroku nie są przestrzegane, a na ich łamanie istnieje ciche przyzwolenie organów nadzorujących i władz samorządowych. Na przykład, choć dopiero o tym się dyskutuje, już dziś dyrektorzy bezprawnie nie udzielają nauczycielom urlopów zdrowotnych. Nauczyciel w takim wypadku może jedynie odwołać się do sądu pracy, bo przełożeni dyrektora nabierają wody w usta. No ale wtedy nie mają co liczyć na etat.  O co więc należy tak naprawdę walczyć? Proponujemy zauważyć  wreszcie zjawiska w oświacie, które napawają prawdziwym przerażeniem kręgi nauczycieli.
Reforma pani Hall dała nieograniczoną władzę dyrektorom szkół publicznych, którzy nie są właściwie monitorowani,  najważniejsze dla nich jest, aby skutecznie obniżać jakość pracy szkoły, co gwarantuje realizację założeń samorządu terytorialnego, a w efekcie likwidację placówki i przejęcie  jej przez prywatny podmiot. Nie jest przecież tajemnicą, że wysokość dodatku motywacyjnego dla dyrektora zależy od jego stopnia służalczości wobec przełożonych. Z takich działań w gronie pedagogicznym największą, czysto materialną korzyść w różnych formach,  ma oczywiście dyrekcja oraz nauczyciele krążący po jej orbicie. Dyrektor, który zdaniem samorządowców powinien uzyskać prawo  do pełnej kontroli całego 40 godzinnego czasu pracy nauczycieli i decydowania, czy nauczyciel po lekcjach może iść do domu, skrzętnie to wykorzysta.  Wkrótce okaże się, że niektórzy z nauczycieli spędzają w szkole 40 godzin, a część tylko 18. Przyczyni się to do  dalszego konfliktowania grona i oczywiście pogorszenia jakości pracy. Przesłanką do zbudowania takiego wniosku jest  realizacja w szkołach tzw.  godzin Hallówek. Niestety tylko niektórych nauczycieli dyrektorzy uczciwie z nich rozliczają, tych nieustosunkowanych. Pozostali, np. funkcyjni członkowie związków zawodowych w czasie tych godzin biegną już do innej szkoły, aby dorobić lub mają płatne nadgodziny, wystarczy, że prawidłowo prowadzą dokumentację. Dyrektor jest ślepy, daje im przyzwolenie. Szarak takich szans nie ma. W zamian funkcyjni zawsze staną po stronie dyrektora, nie nauczyciela. Tak samo jest z godzinami nauczania indywidualnego. Tylko nieliczni mogą mieć zajęcia z  trzema uczniami jednocześnie i brać za to trzy wynagrodzenia. Reszta musi milczeć i uczciwie tyrać. Bezkarność dyrektorów stała się przyczyną nasilającego się mobbingu w szkołach. Taka rzeczywistość w naturalny sposób  eliminuje właściwą realizację systemu wychowawczego i procesu dydaktycznego.
Po drugie, przyznanie głównie samorządom prawa do podejmowania wszystkich decyzji w sprawie oświaty doprowadzi do masowej zagłady placówek publicznych. Nikt nie będzie zwracał uwagi na dobro uczniów, szczególnie tych, których nie stać na szkołę prywatną, różna też będzie jakość kształcenia. Skoro już dziś organy państwowe i samorządowe nie są w stanie zapanować nad jednorodnością poziomu nauczania w szkolnictwie państwowym, nie będą ani trochę mogły zapanować nad nim, gdy szkolnictwo będzie  w całości sprywatyzowane. Samorządy będą także ograniczać zdobywanie wyższych stopni awansu zawodowego, a nauczyciele dyplomowani nie będą zatrudniani lub stracą pracę na rzecz stażystów, co zresztą już ma miejsce. Zwalania się za zgodą władz oświatowych nauczycieli dyplomowanych z 30 letnim stażem pracy, osiągnięciami i nienaganną drogą zawodową, pozostawiając nauczycieli niższych stopniem, z krótszym stażem i bez osiągnięć, za to bardziej uległych wobec dyktatu dyrektorów. Podmioty przejmujące szkoły to nikt przypadkowy. To najczęściej ci, którzy mają wielkie szanse przejąć budynki szkół za bezcen,  a u których obecni decydenci znajdą swoje korzyści.
Jesteśmy za komercjalizacją szkół, jesteśmy za zniesieniem Karty Nauczyciela. Głównie jednak jesteśmy za tym, aby  w naszym kraju o zatrudnieniu nauczyciela, jego pozycji w szkole i statusie społecznym decydowali rodzice, a więc pośrednio także uczniowie!!! Bez obawy stwierdzamy, że wówczas byłaby i stosowna liczba szkół nie  obciążająca zbytnio wydatkami samorządowych budżetów i byłby stosowny poziom nauczania. Tylko taka selekcja doprowadzi do pozostawienia właściwych  nauczycieli na właściwym miejscu. Powiem więcej, żaden belfer z powołania, który pracuje grubo ponad 40 godzin  w tygodniu, nie boi się takich zmian. Uczniowie, choć często chętnie unikają obowiązków, doskonale wiedzą, którzy nauczyciele szanują swoją pracę, a dzięki temu i ich, którzy są wymagający, którzy poświęcają im każdą wolną chwilę. Młodzież nie da omamić się nieuczciwości. Niestety takie kryteria oceny pracy, które opierałyby się na opinii rodzica i ucznia są u nas, w szkolnictwie publicznym, nie do pomyślenia, gdyż straciliby pracę wszyscy dyrektorzy bezwzględnie realizujący politykę samorządów, ich dworzanie, aparatczycy związkowi i tym podobni. Tymczasem na oczach rodziców i uczniów są zwalniani najlepsi nauczyciele. Jakakolwiek ich obrona staje się niemym krzykiem. Czy ktoś wreszcie go usłyszy? Szkoda, że w wielkiej trosce o stan polskiej oświaty nagłaśnianej ciągle przez media nikt nie dostrzega takich zjawisk. A zaręczamy, nie są one jednostkowe tak bardzo, że ktoś, kto pokusiłby się o ich zbadanie , mocno by się zdziwił. Dlatego  należy przypuszczać, że zmiany w szkołach zastaną w nich w większości słabych nauczycieli, za to odpowiednio ustosunkowanych. Czy o takie zmiany rzeczywiście chodzi społeczeństwu?  Czy nie wylejemy dziecka z kąpielą?
                                                             

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz